Sunday, 7 April 2013

LaZat, czyli pycha


Czas na poważnie wziąć się za lokalną kuchnię, bo szkoda byłoby przegapić i nie nauczyć się różnych sposobów przygotowywania tutejszego jedzenia. Widziałam różne szkoły w necie, ale jakoś albo nie wydawały mi się odpowiednie, albo proponowały lekcje w dni powszednie - turysta to da radę, ale ja niestety muszę pracować. Uratował mnie Jay, syn Sudhy. To on wykupił jej jedną sesję w szkole o nazwie LaZat (to po malajsku pyszne). A Sudha zaproponowała mi, żebym dołączyła. Zapisałysmy sie na sobotę, na program o nazwie Authentic Malay. Proponowane menu:
  • Cucur Udang/Prawn Fritters  (krewetki z różnymi przyprawami w cieście, smażone w głębokim oleju
  • Beef Rendang (duszona wołowina - to jest rewelacja)
  • Acar Timun/Spicy Cooked Cucumber Salad (sałatka z ogórka i marchewki)
  • Kueh Koci/Sweet Grated Coconut in Glutinous Ball Wrapped in Banana Leaves (deser kokosowy - to raczej wymaga zmian, żeby się u nas przyjęło)
Pączki imbiru
Rybki i inne takie
Program imprezki: wyprawa na targ, żeby się zapoznać z lokalnymi produktami i jak one wyglądają przed obróbką. Zakupy zrobiono za nas wcześniej. Teraz zajecia były tylko tooretyczne. Było super. Już wiem co się robi z tą trawą, którą tu w pęczkach sprzedają, mimo, że na dal nie wiem jak się co nazywa. Tylko parę liści nauczyłam sie odróżniać. Dobre i to.


Trawa, a może sałata...
Diabeł?
To straszne, czarne coś na zdjęciu stoiska z kurczakami to też jest kurczak. To chiński specjał na leczniczą zupę. Pomaga miedzy innymi kobietom w połogu dojść do siebie. Ale wygląda... Widziałam go już wcześniej i nawet chciałam kupić, wsadzić do lodówki i zobaczyć minę Tomka jakby go tam spotkał. I jeszcze jedno spostrzeżenie natury lingwistycznej - zawsze myślałam, że mutton to baran, ale tu w Malezji może się okazać ... kozą.

Po powrocie do "szkoły" - zaczynamy zajęcia praktyczne. Kolejno wszystko jest nam demonstrowane, potem robimy to same. Każda swoje. Jest nas cztery: ja, Sudha i dwie Kanadyjki w wieku Baśki. Jedna z nich uczy angielskiego w Taipei, a druga przyjechała do niej w odwiedziny. Bardzo sympatyczne dziewczyny. A gotowanie całkiem nieskomplikowane, tylko trzeba zapamietać ich metody na niektóre rzeczy (na przykład składniki sosu do rendangu miksuje się najpierw w blenderze, imbir i trawę cytrynową się traktuje tłuczkiem od moździeża, czosnek, szalotki i suszone krewetki do sosu do sałatki rozbija sie w moździeżu. W ogóle moździeż to bardzo ważne narzędzie w kuchni. Muszę się nauczyć go używać, bo warto.


Gotowałyśmy teoretycznie na jedną osobę każda, ale naniosłam do domu żarcia na pułk wojska. I to jakiego fajnego! Postanowiłyśmy z Sudhą zrobić swoje menu i poprosić właścicielkę, żeby dla nas zorganizowała lekcję. W planie musi być laksa i ten sosik, co idzie zawsze z nasi lemakiem.

Właścicielka szkoły, Ana, wpadła na koniec zajęć. Okazała się być naszą rówieśnicą, przedsiębiorczą malajką, muzułmanka, ale z odkrytą głową. Dosiadła się do nas na czas spożywania tego co wyprodukowałyśmy i w pół godziny opowiedziała nam cały swój życiorys, i pokazała zdjęcia miejsca, które właśnie wynajęła na potrzeby szkoły i gdzie bedzie się w lipcu przeprowadzać. To będzie prawdziwy malajski dom na wsi, z ogrodem. Wyobrażam sobie, że będzie super, bo tam gdzie teraz są to klimatu specjalnie nie ma (zwykły nowoczesny budynek, zaadaptowane duże mieszkanie).

Ana ma ADHD, nie może usiedzieć na miejscu, poza gotowaniem w KL, podróżuje z tym gotowaniem po świecie, chodzi po górach, i klubuje. Namówiła nas (mnie i Sudhę) na sobotni clubbing. Super. Wreszcie będzie okazja zobaczyć jak wygląda nocne życie Kuala Lumpur (tak by the way, to ja nie wiem, jak wygląda nocne życie Warszawy...). Akcja nie była okazała, ale przyjemna. Posiedziałyśmy (w końcu bez Any, bo się wycofała w międzyczasie) w klubie Havana, w samym sercu KL, wypiłyśmy parę drinków, poprzyglądałyśmy się ludziom, i jak impreza zaczęła się na prawdę rozkręcać (koło północy), to my już miałyśmy dość i pojechałyśmy do domu. Nocowałam u Sudhy w KL, żeby nie tułać się samej po nocy. Skończyło się przesympatycznym hinduskim śniadaniem i opowieściami o podobieństwach religii i zagrożeniach za strony Islamu. Dave, mąż Sudhy ma chyba z tym problem. Ale on w życiu wiele widział, w wielu krajach był, więc może wiedzieć co mówi. No i wiem już jak się robi chiapati (nawet 3 rodzaje)

Zdjęcia jeszcze bardziej nieostre niż zwykle, bo obiekty były zbyt dynamiczne. https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5864094159933622033?authkey=CNSz6Imn-MzSSw

1 comment:

  1. Cudne zdjęcia i super pomysł z ta nauką gotowania :)
    btw, ja też nie wiem, jak wygląda nocne życie w Warszawie, poza przyjęciem weselnym u mojej psiapsióły ze wspólnoty, które było w ostatnia niedzielę.

    ReplyDelete