Monday, 18 March 2013

Obce ciało 2 - Malezyjski alfabet W​olwusa​

Salamalejkum 2, Drodzy Przyjaciele!

Minęła już (niestety) 1/3 mojego pierwszego, ale z całą pewnością nie ostatniego, pobytu w Malezji. Mózg cały czas ładuje mi się obrazami i przemyśleniami, którymi ciut-ciut chciałbym się z Wami podzielić na bieżąco. Przypominam, że Ewa robi to cały czas na blogu (www.year-in-malaysia.blogspot.com), ale część ze spostrzeżeń mamy oczywiście odrębne. Moje chyba bardziej idą w kierunku „społeczno-politycznym”, który jej jest mniej po drodze. Zresztą – porównajcie sobie sami...


Amfibia – ta była z drugo-wojno-światowego amerykańskiego demobilu, zaadaptowana do wożenia trzydziestki turystów po lądach i wodach jako żółty Duck, czyli Kaczka. O ile z wodowaniem poszło jej jak z płatka, o tyle powrotne „lądowanie” już tak miękkie nie było – mimo specjalnego „pasa startowego” (bardzo niski stan morza w czasie odpływu). Zanosiło się nawet na lądowanie awaryjne, ale dzięki ofiarnej, półgodzinnej pracy dwóch ludzi-łopat tor wodny został pogłębiony, a my – najpierw przewiezieni bonusowo po morzu na jeszcze jedną pętlę – ostatecznie zostaliśmy uchronieni od skakania z burt do Cieśniny Malakka.

Benzyna – kosztuje tu od 1,80 (diesel) do 2,80 (97-oktanowa) ringgita za litr (przypominam, że kurs jest 1,00 MYR = 1,02 PLN, więc wszelkich cenowych porównań malezyjsko-polskich dokonuje się automatycznie). I to mimo że Malezja sama zaspokaja tylko ok. 25% zapotrzebowania na ropę, a resztę importuje z Bliskiego Wschodu. Tutaj jednak rząd – dziwny jakiś... – cenę benzyny SUBSYDIUJE, a nie obkłada akcyzami i innymi podatkami. No bo przecież każdy, kto odebrał podstaw kurs ekonomii (nawet jeśli była to Ekonomia Polityczna Kapitalizmu), wie, że niska cena energii jest kluczowym czynnikiem rozwoju gospodarki. I między innymi stąd Malezja ma przeciętny wskaźnik wzrostu PKB 6,5% rocznie przez ostatnie... 40 lat. W ten sposób to nawet z poziomu kreta na Żuławach da się przegonić naszą Zieloną Wyspę Bolandę! Choć tu kolejna ciekawostka, i statystyczna dana, która wprawiła mnie w osłupienie: wciąż ten ich PKB liczony (w dolarach) na głowę mieszkańca jest o 30% mniejszy niż u nas!!! A kraj – widać to naprawdę wszędzie, gołym okiem – jest przed nami o co najmniej pokolenie. To jakież w Bolandzie musi być marnotrawstwo, sobiepaństwo, biurokracja i złodziejstwo...

Ceny – są circa dwa razy niższe niż u nas (za wyjątkiem alkoholu, ale ten nie jest niedostępny, tylko rzadszy i droższy). To pewnie kolejny pozytywny efekt tej różnicy w PKB. Zalewające zazdrością przykłady już podawałem, i mógłbym je mnożyć w nieskończoność: przejazd nowoczesnym autokarem rejsowym 160-kilometrową trasą do Malakki – od 9 do 12 ringgitów (jest kilka konkurencyjnych firm, ale odjeżdżają wszystkie z jednego dworca; podróż trwa 1:45), czy nocleg (klimatyzowana, 20-metrowa dwójka z łazienką) w uroczym chińskim pensjonacie, położnym – gdyby był w Polsce – powiedzmy: sto metrów od Sukiennic, za stówę... I nie ma mowy o jakiejś usłudze bez rachunku, czy biletu. Tutejsi korzystają z tego wszystkiego w takim samym stopniu, co zagraniczni turyści, choć zdarza się, że cena (oficjalna!) jakiejś atrakcji jest dla tubylca o 50% niższa. Rozwarstwienia społecznego w ogóle nie widać; zdarzy się oczywiście jakiś żebrak w przejściu metra, ale w Paryżu czy Londynie też przecież są. Wypasionych fur znacznie mniej niż w Bolandzie. Na drogach królują Protony w różnych modelach i odmianach, czyli takie ich Polonezy, zerżnięte z Mitsubishi. Do jeżdżenia, a nie do szpanowania.

Dokong – mój faworyt wśród tych z tutejszych owoców (obok np. mangisa, jackfruita czy słynnego śmierdziela duriana), które są kompletnie nieznane w Europie, jako lokalne, sezonowe i nie nadające się do dalekiego transportu. Smakowo skrzyżowanie liczi z winogronem, wygląda jednak jak młode ziemniaczki. Gdy zatem zobaczyłem taką brudno-jasnoszarą kupkę, leżącą dumnie na paterze, to zachodziłem w głowę, po cholerę Ewa trzyma kartofle w salonie na honorowym miejscu?! Dopóki nie spróbowałem...

Eeuropejczycy – nie robią tutaj za kobiety z brodą w CK cyrku. Nikt się za tobą na ulicy nie ogląda, jeśli już, to jakiś inny biały. W okolicach turystycznych są najczęściej Niemcy, Holendrzy, Francuzi, Włosi, Amerykanie i Kanadyjczycy, Rosjanie... Polski słyszę średnio raz dziennie, i w zależności od wyglądu delikwentów ujawniam się lub nie.

Fiesta si, travajo no! – latynoskie hasło, które jest tu nieznane (podobnie jak manana), choć kraj pod względem klimatu, ukształtowania terenu czy roślinności do złudzenia przypomina Kubę czy Jamajkę. Zioła też nie jarają, bo za handel narkotykami jest czapa. Mój teść chyba dość trafnie zauważył, że ta malezyjska prosperity może się również brać ze zgodnej narodowościowej mieszanki: pracowitości Malajów (ok. 50% społeczeństwa), mądrości Chińczyków (25%), żyłki do interesów Hindusów (10%) oraz kapitału Europejczyków i Amerykanów (5%).

Guerilla – trwała tu po II wojnie światowej aż do końca lat 60., a niedobitki prochińskich komunistów dotrwały w bazach nad granicą tajlandzką nawet do 1989! W szczycie konfliktu (czasy wojny koreańskiej) były to solidne walki, z użyciem lotnictwa i kilkoma tysiącami ofiar rocznie. Była też wojenka (wygrana) z Indonezją o północne Borneo, które jest tą drugą, zamorską częścią państwa. No i po circa pół wieku spokoju właśnie w borneańskiej prowincji Sabah znów pojawili się partyzanci, czy jak ich oczywiście określa malezyjski rząd – terroryści. Tym razem nie komuniści, ale islamiści, choć ideologia czy wyznanie nie odgrywa tu kluczowej roli – są zbrojnyme ramieniem ok. milionowej populacji, która chce odtworzyć zlikwidowane w 1917 r. państwo-sułtanat Sulu, obejmujące m.in. właśnie Sabah i należące do Filipin Mindanao. Malezyjska armia daje im oczywiście odpór, ale – jak to zwykle w górzystej dżungli – łatwo i szybko nie pójdzie. Z turystycznego punktu widzenia ma to znaczenie o tyle, że w Sabahu leży najwyższy szczyt Malezji – Kinabalu (4095 m n.p.m.), którego zdobywanie jest jedną z atrakcji Borneo (obok dziewiczych lasów deszczowych czy najgłębszych na świecie jaskiń). Ale my z Ewą się tam nie wybieraliśmy – jednak ciut za wysoko...

Harmonogram – dzienny mam dość uporządkowany. Mając lekkie wyrzuty sumienia, że nie bardzo wiadomo, jaki jest tu mój status (urlop? houseman przy żonie? globetrotter?), wstaję razem z Ewą i na ok. 7:15 robię śniadanko, poczem o 8:00 ona wychodzi na szychtę (jej genialny zmysł logistyczny sprawił, że wynajęła chałupę 15 min. spacerkiem od roboty), a ja przez circa dwie godzinki oddaję się lekturom (dla przyjemności). Potem – też przez circa 2h – pływam, gimnastykuję się i opalam (dla zdrowotności) i ok. 12:00 (u Was jest wtedy dopiero 5:00) po lanczyku zasiadam do kompa (po części dla chleba, ale roboty mam niestety co kot napłakał). Ewa wraca ok. 18:00 i funkcjonujemy do circa 23:00 (u Was 16:00) – diner (jeśli w domu, to też ja go podgotowuję), tv, ona uzupełnia bloga, dziś może kino... W środy i czwartki od południa zamiast kompa zwiedzam to, co Ewa już widziała, a w weekendy zwiedzamy razem całymi dniami.

Islam – ma tu, jak już chyba pisałem, naprawdę ludzką twarz. Żadnych szarjatów, dżihadów, czy innych ekstremi(dioty)zmów. Czasem gdzieś z oddali słychać powywanie muezzina, ale nikt publicznie pięć raz dziennie w stronę Mekki głową nie wali. Przeważająca część Malajek chodzi co prawda w chustach, ale w takich przypominających nasze wiejskie babcine – kolorowych, każda inna, często poupinanych gustowną biżuterią. Zaletę ma to też taką, że przeciętnie kobitka, której widać tylko owal twarzy, sprawia wrażenie ładniejszej i robi się jakby bez wieku. A jeśli jednak widzi się na ulicy (rzadko, ale bywają) panią w czarnej „sutannie”, zakrywającej wszystko oprócz oczu (fachowo to się chyba nihab nazywa), to wiadomo, że to Arabka. Nawet raczej Arabka Saudyjska, bo tam taki strój jest nakazany prawem. No i robi się pełna groteska, bo obok niej kroczy z reguły roznegliżowany, niedogolony, i w ogóle obrzempałowaty mąż-turysta... Aha! W pociągach są wagony „Tylko dla kobiet”, ale to nie z powodu ich dyskryminacji, tylko wręcz przeciwnie – żeby nie czuły dyskomfortu w obecności płci przeciwnej.

Język – w zasadzie kompletnie dla nas w mowie niezrozumiały. W piśmie jest ciut łatwiej, bo na szczęście przyjęli alfabet łaciński. Czasami bywa zabawnie, bo niektóre wywodzące się z angielskiego słowa zapisują fonetycznie. Po tej wskazówce rozszyfrowanie znaczenia swojsko wyglądającego wyrazu „kolej” nie będzie chyba dla Was trudne... Dodam tylko, że figuruje tu ono dość często na budynkach czy drogowskazach, i oczywiście nie ma nic wspólnego z naszymi PKP, czyli Powolnymi Kolejami Państwowymi.

Kawa – przeważnie niestety podława, mimo że rośnie tu we wszystkich 13 sułtanato-województwach. Znaleźliśmy jednak i pod tym względem niebo w gębie, niestety nie w Kej-eLu, ale w Malakce. Jest tam oto klimatyczna kawiarenka, o nazwie właśnie „13 Coffees”, w której potrafią pokazać różnice między tymi uprawami, gatunkami, sposobami palenia i podawania. Nam kelnerka zaproponowała najbardziej jej zdaniem kontrastową analizę porównawczą Johoru (samo południe półwyspu, tuż obok Singapuru) z Sarawakiem (drugi – obok Sabahu – sułtanat borneański). Kawosze wszystkich krajów, wierzcie mi – pychota nie do opisania!!! A przy tym kolejny gul cenowy – circa 100 ml tej małmazyji (podanej – zachowując proporcje – jakby u Wierzynka w Krakowie) kosztuje 3,45 rg-zł.

Lewostronny ruch – powodował u mnie lekkie uciążliwości przez jakiś tydzień. Bo obowiązuje nie tylko dla pojazdów, ale i dla ludzi – np. na przejściach dla pieszych, czy schodach ruchomych (dla szybszych użytkowników trzeba zostawiać wolną stronę prawą). Wciąż jednak nie mam najmniejszej ochoty zasiąść tu za kierownicą, bo i traffic zwariowany, i jak tu biegi zmieniać lewą ręką?!

Malakka – ichniejsza Cracovia. Tylko ciut młodsza, bo arabscy kupcy zaczęli cywilizować te okolice ok. 1400 roku. W 1511 podbili ich Portugalczycy, za kolejne stokilkadziesiąt lat – Holendrzy, a po następnych pięciu pokoleniach – Brytyjczycy... Znów minął wiek, i port, będący przez ponad 400 lat idealnym miejscem tranzytowego spotkania Zachodu (Europa, Arabia, ale i Indie) ze Wschodem (Chiny), stracił znaczenie na rzecz pobliskiego, jeszcze lepiej położonego Singapuru. Dziś stutysięczne miasto jest głównie atrakcją turystyczną, gdzie widać wpływy wszystkich wymienionych wyżej kultur i religii (jest tu taka uliczka, nazywana zresztą żargonowo Harmony Street, przy której stoją obok siebie meczet oraz świątynie buddyjska i hinduistyczna). Są też baba (to, żeby dla nas było śmieszniej – faceci) i nyonya (kobitki), czyli potomkowie najstarszych mieszkańców Malakki – mieszanych małżeństw rdzennej ludności malajskiej z chińskimi szlachcicami, którzy szli śladem syna swego cesarza, ożenionego z córką tutejszego sułtana (jakby to powiedzieli historycy Rzeczpospolitej Obojga Narodów: od unii personalnej do realnej). Dziś jednak najważniejsze nie jest to, jak się baba-nyonya nazywają, tylko jak... gotują. Podobnie, co przy wyżej wspomnianych 13 kawach – opisać się nie da, trzeba skosztować.

Nasi lemak – narodowa potrawa, ale taki bardziej bigos niż schabowy z kapustą. Składa się z gotowanego z odrobiną mleka kokosowego ryżu i kawałków kurczaka z ostrym sosem oraz orzeszkami ziemnymi i chrupiącymi maleńkimi suszonymi rybkami. Dostępny wszędzie, także jako fastfood na stacji benzynowej, ale zawsze podawany na... liściu bananowca. Ceny zaczynają się od 2 rg (bezmięsny) lub 5 (z wkładką). O innych potrawach nie ma w zasadzie sensu pisać, bo jest ich jakieś miliardy, z kilku podstawowych tutejszych, i kilkunastu geograficznie dalszych, kuchni świata. Naprawdę kulinarna orgia!

Opalenizna – robi mi się, ale bez oparzeń. W ogóle znoszę upał nadspodziewanie dobrze. A ponoć jest tu teraz najcieplejszy okres roku – temperatura nie spada poniżej 30 Celsjuszy nawet w nocy, w dzień ponoć bywa w cieniu 40; przy wilgotności min. 80%, a raczej 90! Brzmi straszliwie, ale naprawdę da się żyć. Oczywiście, lepiej przebywać na zewnątrz tak krótko jak to możliwe, chować się do powszechnie klimatyzowanych wnętrz, dużo pić. Ale np. w domu siedzimy na ogół bez klimy (za wyjątkiem sypialni), tylko pod wiatrakami. Błogosławieństwem jest też codzienny, popołudniowy deszcz (odkąd tu jestem nie zdarzyło się, żeby nie spadł), po którym wieczór bywa niemal przyjemny. Aha! Planując podróż tutaj (nieskończenie tani, acz całkiem luksuśny hostel „U Wolfkowej” – Selangor, Petaling Jaya; Pelangi Utama, blokhaus C, 18-3A – nieustająco zaprasza!) pamiętajcie jednak, żeby unikać listopada i grudnia, bo wtedy potrafi ponoć padać nawet cały dzień.

Prysznic – przynosi ulgę na circa godzinę. Zimny, bo ciepła woda jest tylko „na życzenie”, czyli z przepływowego ogrzewaczyka, którego np. ja użyłem raz – na próbę, pierwszego dnia. No, ale zimna ma temperaturę mniej więcej pokojową, czyli pod 30 stopni, więc rzeczywiście nie ma sensu jej podgrzewać. Za to w naszej łazience grasuje potwór rurowy, dotychczas znany mi tylko z Bolandy, co świadczyłoby, że nie jest to jednak stworzenie endemiczne, tylko globalne. Potrafi zawyć głuchą nocą, albo znienacka popuścić z wydawałoby się na głucho zakręconego kranu...

Rower – jest niespecjalnie popularny. Gdy wypożyczyliśmy je sobie w Malakce, byliśmy takimi jedynymi turystami, choć przecież „na welocypedach byłoby poręczniej” – jak bardzo słusznie mawiał w „Pancernych” Stryj Szawełło. No i niestety nie mają tu takiego rozmiaru, żebym mógł komfortowo pedałować – maksymalne podniesienie siodełka nawet dla Ewy jeszcze było ciut za niskie. Za to gdy 3 kilometry od bazy złapała kapcia w tylnej oponie, zamieniliśmy się na pojazdy, i bez problemu wróciłem cały czas stojąc na pedałach.

Sir – początkowo nie bardzo wiedziałem, że to do mnie (także ze względu na ich specyficzny akcent), ale już się przyzwyczaiłem. No i tylko „sir” – nie ma mowy o żadnym „sahib”... Generalnie ludzie są uśmiechnięci, kontaktowi i sympatyczni. Zdecydowana większość mówi po angielsku, choć czasem odwrotnie niż u nas – starsi lepiej, młodsi gorzej. To oczywiście efekt kolonialnego szkolnictwa do lat 60. ub. wieku. Wybiwszy się na niepodległość przeszli w szkołach na malajski; teraz ponoć wracają do angielskiego.

Teksi – czyli taryfy, są tu wszędzie, i w zasadzie w dowolnych ilościach. Na ogół po prostu... stoją, tam gdzie być powinny, i gdzie można się ich spodziewać, choć nie są to klasyczne postoje. Nie ma żadnego oznakowania, tylko zwyczajowo wiadomo, że to tu – pod stacją metra, przy przystanku, przed wjazdem do zespołu apartamentowców itp. A jak akurat żadnej nie ma, to za kilkadziesiąt sekund jakaś się na pewno pojawi – nigdy, nigdzie nie czekaliśmy dłużej niż 5 minut! I korzystają z nich naprawdę powszechnie, bo trząśnięcie drzwiami kosztuje 3 rg-zł, a potem co 115 m licznik bije 10 senów (czyli groszy). Tym systemem kurs od nas z domu na ultranowoczesny dworzec autobusowy, z którego jechaliśmy do Malakki (coś jakby z Pruszkowa na Dworzec Południowy), kosztował dwie dychy (w tym 1,80 za dwa kawałki płatnej obwodnicy Kej-eLu). Naprawdę się tu chyba przeprowadzę! Mimo że wracając, w niedzielę wieczorem, ciut chcieli nas zrobić w trabę. Widząc białych z walizeczką chcieli nas przewieźć tzw. executive taxi (circa 3 razy drożej), a potem jeszcze jakimś koncesjonowanym na tym dworcu (razy 2). Ale: nie będzie Malaj pluł nam w twarz! – znaleźliśmy „postój” dla lokalesów i pojechaliśmy za normalne dwie dychy.

Utama 1 – a raczej 1 Utama: centrum handlowe, położone 5 min. spacerkiem od naszego domu, przez które (jak pada deszcz) lub obok którego idzie się do Ewy pracy, albo na pętlę autobusową. Złote Tarasy + GalMok + Arkadia + parę innych warszawskich razem wziętych: 5 milionów stóp kwadratowych powierzchni na 6 piętrach, w środku między innymi las deszczowy. Krótko mówiąc: jedno z dziesięciu największych centrum handlowych... nie, nie w Kej-eLu, czy w Malezji – NA ŚWIECIE!!! No i jest tu wszystko, co zachodnia cywilizacja wymyśliła. Oczywiście staramy się 1 Utama omijać szerokim łukiem, żeby czerpać garściami z tutejszego folkloru, ale czasem się przydaje (np. do kupienia wędlinki czy serka na śniadanko, albo pójście do kina – filmy naturalnie te same co u nas, w takim samym multipleksie... tylko bilet 2,5 razy tańszy – 10 ringgito-złotych).

Waran lub iguana – bo cholera wie co to było?! W każdym razie dinozaurowate bydlaki o rozmiarach od 20 cm do 2 m kilka razy pokazywały się nam wokół kanałów spustowych do rzeki Malakka, a nawet na chodniku przy centralnym placu miasteczka. Aha! I przy drodze na grobli był też solidny four-feeter (zupełnie jak przy autostradzie na Florydzie), ale dostojnie znurkował zanim Ewa przysposobiła flintę (tzn. aparat fotograficzny).

Zamiatanie – to chyba jedyna dziedzina, w której... jesteśmy od nich ciut lepsi (hurra!). Są miejsca fantastycznie dopieszczone, zaplanowane z detalami małej architektury włącznie, ukwiecone itd., ale wiele jest takich, które wyraźnie nie mają gospodarza. Zostały jakieś szyny po przebudowie torowiska? Nie szkodzi, niech se poleżą i podrdzewieją... Wypiłem colę z Maca i nie mam co zrobić z kubkiem? No przecież kosza nie będę szukał... Budujemy coś (a budujemy na potęgę!)? Płot wokół budowy nie musi być równy i solidny... Z drugiej strony jednak widziałem jak panowie jechali beczkowozem i podlewali roślinki posadzone pod wiaduktami, gdzie naturalny opad nie miał szans dojść, a nasza wspomniana na początku Duck-amfibia zanim wróciła z plaży na jezdnię... przejechała przez specjalnie dla nie skonstruowaną myjnię. Czyli i tu, cholera, Malaj potrafi!

Życie – (moje, i ściskam kciuki, żeby Wasze też!) w Malezji coraz częściej bywa znośne...


Pozdrówka i całuski – tym razem ustami (a raczej mordką) koleżanki tej, która chciała MNIE zjeść (bo ja nie miałem nic dla niej) na schodach świątyni Śiwy...

monkey kiss emoticon

T

2 comments:

  1. Tomek, powinieneś z Ewą zrobić jakiś mix z tych Waszych wpisów i opublikować w jakimś czasopiśmie podróżniczym :)

    ReplyDelete
  2. Ten wpis się genialnie do tego nadaje.

    ReplyDelete