Sunday, 22 June 2014

Wodospad Lata Medang - pożegnanie z malezyjskimi wycieczkami w górki

To była chyba ostatnia "wolna" sobota, żeby jeszcze "pohajkować" w okolicach KL. Say Li wymyśliła wycieczke do wodospadu Lata Medang. To w stronę Fraser's Hill. Umówiliśmy się jak zwykle o 7 na stacji Bangsar. Początek był trudny. Say Li pojawiła się o 7.30. Nie dziwne, zawsze się spóźnia. Ale kolesie to już przesadzili. Po licznych telefonach dotarli o 8.45. My zdążyłyśmy zjeść śniadanie (moje drugie) w okolicznej knajpce i nawet zdecydować, że moze raczej pojedziemy same, gdy w końcu się zjawili. No to jedziemy. Ale okazało się to nie takie proste, bo po jakichś 15 minutach jazdy Say Li przypomniało się, że nie zapłaciła za parking. Więc wróciliśmy zapłacić i już około 9.45 zaczęliśmy jechać we właściwa stronę.
 

Na miejsce zajechalismy po 11, więc zaczęliśmy od lunchu. No a potem w drogę. Szlak był ścieżką w lesie, w większości wzdłuż rzeki, lekko pod górę. Około 2 godzinki przyjemnej wycieczki, pod koniec lekko zakłóconej przez coraz większe chmary os. Po drodze praktycznie nie bylo nikogo, ale wiadomo było, że przy wodospadzie jest duża grupa motocyklistów. I rzeczywiście, po drodze, pod koniec, spotkaliśmy kilka porzuconych motocykli, a na górze, przy pierwszym wodospadzie było ich całe wielkie stado (podobno 60). Podziwiam, jak sie tam dostali, dobrze też, ze spotkaliśmy ich stojacych w miejscu, bo inaczej zatruliby nas spalinami.

Mineliśmy więc pierwszy wodospad ze wszystkimi tymi strasznymi maszynami i poszliśmy dalej. Było nieźle pod górę, ale się udało. Dobrze, że sucho, bo po tej gliniastej scieżce nieźle by sie jechało, jakby była mokra. Ten drugi wodospad był super, zrzucilismy garby i postanowiliśmy się popluskać w wodzie. Rewelacja, choć kamienie śliskie i parę upadków, na szczęście niegroźnych się przydarzyło. Potem jeszce troche pod górę do takiego miejsca nad wodospadem w którym podobno można trochę popływać. Ale z tym pływaniem, to raczej przesada - płytko i mało miejsca. Tam zjedlismy, co było do zjedzenia i rozpoczęliśmy schodzenie. Juz czas był najwyższy, a i osy były coraz bardziej dokuczliwe. Na szczęście nikt z nas nie jest specjalnie uczulony - mnie ugryzły (użądliły?) trzy. I tylko tyle, chyba dzieki OFFowi - na szczęście go wzięłam - spryskiwaliśmy się obsesyjnie.


Na dół, z górki, poszło dość szybko, ale i tak zrobiła się 18. Drobne mycie w rzece i do wiochy na kolację. Znowu trafiła się kapitalna ryba i niezła wieprzowinka (knajpa chińska, nie-halal) i warzywka z krewetkami. Ledwo podołaliśmy, najedzeni jak bąki wróciliśmy do domu. Na szczęście mnie odwieźli pod dom. Miałam tylko siłę na prysznic i padłam. Ale wycieczka - suuuper.
zdjęcia

No comments:

Post a Comment