Monday, 27 May 2013

Pulau (wyspa) Pangkor

Obchody najważniejszych faktów z życia Buddy (urodzin, oświecenia i śmierci) - Wesak Day - przypada na majową pełnię księżyca i jest w Malezji dniem wolnym od pracy. W tym roku wypadał w piątek, 24 maja. Trzy wolne dni, więc trzeba było coś zaplanować, bo szkoda przecież w domu siedzieć. Padło na wyspę Pangkor. To chyba najbliższa KL wyspa "turystyczna", ale głównie odwiedzana przez Malezyjczyków. Turyści zagraniczni, szczególnie mający mniej czasu, wybierają Penang, albo wyspy wschodniego wybrzeża półwyspu. Spotkałam tam przez 3 dni może 10 osób o Europejskich rysach.

Święto plus rozpoczynające się dwutygodniowe ferie szkolne spowodowały, że na wyspę przyjechały tłumy turystów. Ze stałego lądu dojeżdza się tam promem. Prom nie zabiera samochodów (ewentualnie motor, skuter lub rower pojedzie). Na miejscu mozna wypożyczyć samochód, skuter, motorower czy rower. Jest tego mnóstwo. Jeżdzą też mikrobusy (różowe), które wożą turystów wszędzie, gdzie trzeba. Wydaje mi się, że dla białego człowieka cena jest 10 RM niezależnie od odległości.


Obstalowałam sobie spanie w czymś, co najchętniej nazwałabym ośrodkiem wczasów pracowniczych - takie domki kempingowe w kręgu. Mój był domkiem dwuosobowym - pokój z łazienką o powierzchni ok. 12m2. Wszystko w porządku, czysto, schludnie, urządzenia działały bez zarzutu (nie sprawdzałam telewizora...). Całość położona o szerokość drogi od plaży. Rewelacja! Hinduscy właściciele ośrodka bardzo serdeczni, zaiwźli mnie skuterkiem do wypożyczalni rowerów, znaleźli ekipę na wycieczkę motorówką po okolicy, robili śniadanka (chyba jako jedyna dostawałąm kawę w dzbanku z porcelanową filiżanką. Ale może to była inna kawa...


W piątek, jak tylko ogarnęłam się po przyjeździe, wzięłam ten rower i pojechałam drogą dookoła wyspy. Dobrze, że mapy tutaj nie miewają poziomic, bo pewnie bym się przestraszyła. Ale dałam radę, z rowerem czasami pod pachą (przerzutki to nie jest sprawa utrzymywana w bezwzględnej sprawności w tutejszych wypożyczalniach), z językiem do pasa. Za to jazda w dół! Żeby nie te tysiące skuterów to byłoby na prawdę super.


Atrakcje wyspy to: wycieczki motorówką, snorkeling (ale to raczej trzeba było dalej popłynąć bo w tym tłumie to wszystkie ryby uciekły), plażowanie, dwie świątynie chińskie i jedna hinduska, odbudowane ruiny holenderskiego fortu z XVII w, no i oczywiście jedzenie - owoce morza na wszelkie sposoby. Cudo. Dopiero na promie powrotnym zorientowałam się, że trzeba było tez spróbować suszonych ryb. Widziałam na targu, ale jakoś nie skojarzyłam, że tego sie używa jak chipsów.

Tu pochłaniam kraba

A tu właściciel knajpy z krabem karmi dzioborożca arbuzem (dwa przyleciały tylko sie w kadrze nie zmieściły)


To jest miejsce, które można odwiedzić jak sie ma czas. Mnóstwo fajnych chwil - dzioborożce, małpy kradnące jedzenie plażowiczom, kraby pustelniki w tysiącach sztuk na plaży, rowerkiem po górkach, chińska światynia z Kaczorem Donaldem i syreną.... Ale na pewno są lepsze. Jedno mi się rzuciło w oczy - oni niedługo zgina we własnych śmieciach. Produkują tego niezmierzone ilości, no i wszędzie chodzą z żarciem kupionym na ulicy i zapakowanym w jednorazowe pojemniki lub foliowe torebki.

Przed wyjazdem kupiłam liczi. Na zdjęciu dość atrakcyjna forma porcjowania

Zdjęcia: https://plus.google.com/u/0/photos/108668600531371879611/albums/5882668942266703281?authkey=CNOm9vGIqNTnigE

No comments:

Post a Comment